Pandemolium

Kareta Wrocawski

Rozdzia I

Nocn cisz, w ktrej sycha byo tylko cikie oddechy oraz burczenie w brzuchach, z naga zakciy odgosy krokw. Towarzyszy im brzk acuchw, skrzyp zardzewiaych zawiasw, a w kocu wrzask protestu.
- Gdzie mnie cigniecie! Pomocy! Czy mnie kto syszy?! Ludzie...
Nieprzenikniony mrok rozjani nieco blask uczyw spoza drzwi. Kiedy uchylono je na moment, mona byo dojrze krpe postacie. Dwie z nich wepchny do rodka kopicego na wszystkie strony mczyzn.
- Masz ci tu tych swoich ludzi! - "Ludzi" zabrzmiao jednoznacznie ironicznie. A moe nawet i pogardliwie. - Bacz jeno, co by ci ktry nie nadgryz! - wrzasn jeden z brodaczy i z hukiem zatrzasn zbite z grubych dech drzwi.
Zapada doskonaa ciemno. Nowoprzybyy niepewnie wycign przed siebie rce, bowiem tylko one mogy ratowa przed niespodziewanym kontaktem z innymi przedmiotami. Niestety, te wrogie i podstpne, czaiy si znacznie niej. omot przewracanego wiadra, plusk wylewanej zawartoci oraz guchy odgos padajcego ciaa uoyy si w krtkotrwa, lecz wymown sekwencj.
- Zabierzcie mnie std, zarazy! Za co? - Z lepkiej podogi rozdara si nieco histerycznie ofiara ciemnoci. - Ani sowa nie powiedziaem o waszym przywdcy! Wrzucacie porzdnego czowieka do jakiej cuchncej dziury ze mierdzcymi szczurami... - Przybysz zerwa si na nogi, gdy wyczu pod kolanem co mikkiego.
- Nie depczcie, jeli aska szczurw, bo wam jeszcze co nieco odgryz - dobieg z kta podejrzanie spokojny gos.
- Kto tu?! - zdumia si przybysz.
- mierdzce szczury, przyjacielu - odpar kto gardowo z ciemnoci.
- Kim jestecie?!
- Oooo... to chyba najlepiej wyjani nasz mody przyjaciel, wielce szacowny Waldar z Kresse. W kocu to za jego przyczyn tutaj gocimy - rozleg si kolejny, nieco sarkastyczny gos.
- Odczep si ode mnie, Bokanova - mrukna ciemno - bo znajd ci i zby powybijam. Dobrze wiesz, e to kochany tatuko nas tak wrobi. Nie moja wina, e poczu zew natury, a i kabz zechcia nabi. Przy tym okazja mu si nadarzya, gdy wszyscy trzej jak tu stoi... tfu, jak tu leymy, zjawilimy si w najlepszym momencie. Wzi dup w troki i pogna na dwr xicia Partyka. Dziki tej strasznej zimie odpowiednie rodki bdzie posiada, tedy pewnikiem dopiero na wiosn o nim usyszymy. A dziki komu to, do diaska, mrozy takie, e ich najstarsze krasnoludy nie pamitaj? Co, Bokanova? Ce tak z naga zamilk, wyszczekany to jeste, jak o kogo innego chodzi, nie?
- Spokj, spokj, bo zaraz si za by wemiecie! - zagrzmiao inaczej, basowo. - Wybaczcie tym nieokrzesanym modziecom, bo mimo chodu gorca w nich krew. Szlachecka, bd co bd.
Przybysz zobaczy nagle, e z okrutnych ciemnoci wyonia si niska, krpa posta. Uja mczyzn za rk i pocigna pod chropowat i wilgotn cian, gdzie staa niska prycza.
- Sidcie i odpocznijcie, a tymczasem poznajmy si moe, bo chyba przyjdzie nam spdzi ze sob wicej ni kilka niedziel...
- Moe targowych, bo co p roku s - mrukn ktry zgryliwie.
- Cicho! Do wiosny jeszcze daleko, a i jej ku nam nie spieszno. Czeka i harowa zawsze lepiej w komitywie ni boczc si na siebie bez nijakiego powodu. Jestem Ruksand, chwilowo towarzysz tych dwch zadziornych kogutw, krasnolud samodzielny i pod nijakim dowdztwem nie sucy.
- Wybaczcie panowie - wystka zaskoczony przybysz - ale jestem nieco oszoomiony tym szybkim i niezbyt dla mnie pomylnym obrotem sprawy. Pochodz z dalekiego kraju Poudnia. Zowi mnie De Grand Francisco di Leonardo da Illammpi. Poniewa jednak w krajach Pnocy nie s tak istotne nabyte z wiekami przydomki, uywam w podrach znacznie krtszego miana, ktre brzmi Frank Lee.
- Frank? - doleciao z ciemnoci. - A c to za imi?
- Noo... U nas w rodzie wszyscy chopcy maj tak na imi. Od zawsze i do zawsze...
- Ha, myl, e Frank Lee bardziej nam posuy ni to pierwsze - odezwa si krasnolud. - Pozwl zatem, e przedstawi ci reszt naszej kompanii. Ten mody czowiek, ktrego raczy rozdepta na pocztku naszej znajomoci to, jak ju wiesz, wielce szacowny Waldar. Syn i prawowity dziedzic Grahamma z Kresse, waciciela tych dbr oraz przybytku, w ktrym gocimy. Ten pyskaty za, to jego przyjaciel, zacny Bokanova, syn bibliotekarza, niestety wielce oczytany, w zwizku z czym cytatami i wierszami nas co i rusz czstujcy.
- No c, teraz, gdy si ju znamy - rzek Frank Lee - moe mi wyjanicie, co si w ogle dzieje. Tutaj i w tym kraju. Bo - jak wnioskuj z waszej, hm, krtkiej rozmowy - co na ten temat wiecie.
- Pozwl, e ci to objani - odpar z westchnieniem Bokanova. - Ot wiedz, e ziemie te bogato przez bogw wglem obdarzone zostay. Byo to rdo dobrobytu i przyczyna upadku. Wgiel bowiem to bogactwo tej ziemi, lecz - jak wida - bogactwo kapryne, bo od lat kiepskie zyski przynosi.
- Czemu to? - zdziwi si Frank Lee.
- Drzewiej srogie zimy ten kraj nawiedzay. Wgla tu zawsze pod dostatkiem byo i cae wieki go dobywano. Co wiatlejsi i obrotniejsi ludzie za handel wglem si brali, podatki przednie do kasy odprowadzajc. Gdy jednak wybrano zoa, ktre pytko pod ziemi zalegay, kopa przyszo coraz gbiej. Ludziom za nie chciao si w mrocznych sztolniach ku ska, wic jeden pradziad Waldara umyli do kopal krasnoludy sprowadzi. Co wicej, te - wsk jeno specjalnoci si zajmujc - konkurencj handlu nie psuy. Oni tedy wgiel dobywali, a lud prosty po ustalonej przez xicia cenie go przedawa. Tak dziao si przez dugi czas i rosa potga tutejszego dworu. Nikt za na przepowiednie kilku astrometrykw uwagi nie zwraca. A oni prorokowali, e klimat moe si zmieni, i tako si stao. Nastay wiosny wczesne, lata upalne, jesienie pne, a zimy ciepe i krtkie. Zmalao tedy zapotrzebowanie na wgiel. Podupad dwr i caa prowincja. Jeno jeszcze dostawy na dwr xicy sytuacj ratoway, bowiem obowizek dostaw edyktem krlewskim by naoony, ale nawet dziesitej czci tego co uprzednio nie dostawano. Prdzej to zapomog przypominao i nikomu nie byo w smak. Nawet krasnoludy burzy si poczy.
- Co: krasnoludy, krasnoludy!.. - warkn z mroku Ruksand. - Kady wie, e ojciec Waldara to skpiec i dusigrosz. Dukaty za wgiel bra od krla, ale dzieli si nimi nie zamierza. Jeno tylko wypomnienia od niego wszyscy syszeli, e krasnoludzka robota nikomu niepotrzebna i jeno z aski ich utrzymuje. A kto, jak nie my, tu fedrowa?
- Hola, hola! - przerwa mu Waldar. - Teraz ty zapominasz, e te biedne krasnoludy, nad ktrymi si tak roztkliwiasz, wielce sobie ywot wrd ludzi chwalili i nie szykowali si do powrotu w rodzinne strony. Na szczcie, jeszcze pradziad mj, znany z oszczdnego trybu ycia...
- Ze sknerstwa, rzec chciae chyba... - wtrci Bokanova ze miechem.
- Skromnoci, jako rzekem! - przerwa mu Waldar podniesionym gosem. - Dziki ktrej odoywszy zapasik niewielki mia jak przetrwa pierwsze lata caorocznych upaw i spiekoty. Przetrwalimy, gdy inni stracili swe woci. Wkrtce za okazao si, e dalej wgiel jest potrzebny, choby do kuni, piekarni czy ani i gdy zapasy si pokoczyy mona byo znowu wydobycie skromne wznowi. W ten to wanie sposb stalimy si jedynym lennem, w caej prowincji, w ktrym czynne s kopalnie i pamitaj jak dobywa czarny kruszec. Inaczej dawno bymy tu zamarzli. Tylko dziki zamkowym piecom moemy tutaj wytrzyma.
- Jednak tegoroczna gwatowna zima, pierwsza od tylu lat, powinna bya nastroje odmieni? - zdumia si Frank Lee.
- Moci panie Lee, stao si tak jak to zawsze, gdy w kabzie pusto, a w odku i we bie groch z kapust - westchn Bokanova. - Kiedy z naga sroga zima nastaa i jeszcze nikt nie zoczy zamanego szelga za wgiel, ktry hadami wok zamku zalega, ktnie si poczy o to, jak zarobek dzieli. Ze wszech stron pilne proby o wgiel napyway, jednak nikt z okolicznych wocian duych zapasw na handel nie mia. Tedy nie majc konkurencji, ojciec zwleka, nie wiedzc komu pilnowanie interesu powierzy. Na wszystkie strony pisma rozesa bymy do zamku wracali, po czem rozleniwione krasnoludy do roboty w kopalni zapdzi. Nasza trjka dwr xicia Partyka poegnaa, akurat gdy pierwsze niegi spady. Gdymy wic tu dotarli, jego ojciec od razu Waldara swym namiestnikiem ogosi. Nas dwch za na doradcw naj, po czym cay zapas wgla na wszystkie wozy z okolicy zebrane zapakowa i z modszym bratem Waldara wyruszy do dworu xicia, gdzie pewnie odbierze biec i zaleg zapat. Potem niezawodnie ruszy po kraju, aby reszt zapasw przeda i po tylu latach chudoby nieco zasmakowa radoci tego wiata.
Zapada gboka i znaczca cisza.
- Co do radoci wiata, to znam dykteryjk jedn... - zacz Bokanova.
Dwa gosy odezway si jednoczenie:
- Akurat czas dobry na dykteryjki!
- No to dawaj - nic innego nie mamy do roboty!
Bokanova nie mia wtpliwoci do ktrej proby si przychyli.
- Byo tak. Jad w karocy dziadek z wnuczkiem, a wonica do dyszlanta rzecze: "W tym miecie poowa dziewek ma dychawic, a druga poowa france!" Na to dziadek budzi si. "Co on powiedzia?", pyta wnuczka. "Cicho, dziadku", ten odpowiada, "Mwi, eby rempa ino te, co kaszl!"
Mrok zrodzi dwa pogardliwe kaszlnicia.
- Jeli co mog rzec - odezwa si po chwili Frank Lee - w tak modym wieku namiestnikiem zosta, nie kadego ta aska spotyka....
- aska! A niech j licho porwie z tatukiem i braciszkiem kochanym! - wrzasn Waldar. - Nie do, e wikszo wojw do ochrony ze sob zabrali, to jeszcze ogosili, e nasza trjka to jedyna sia, ktra nad porzdkiem i sprawnym wydobyciem bdzie czuwa. A krasnoludy do pracy goni przykaza i norm wydobycia utrzymywa.
Waldar westchn ciko.
- Niestety, krasnoludy postanowiy wykorzysta okazj i przej kopalni. A poniewa zamek na starych chodnikach stoi, nie mieli z tym trudnoci. Ju w drug noc po wyjedzie ojca przekuy si do piwnic zamku, zerway wieloletni sojusz, a w efekcie kady z nas dosta pak po bie i obudzi si w tej norze.
- No nie ferowabym tak szybko srogich wyrokw - zagrzmia z ciemnoci gos Ruksanda. - Przez te lata sojuszu, jak go nazwae, wykorzystywalicie moich braci i dorabialicie si na ich pracy.
Waldar rozemia si gorzko.
- Droga wolna, wracaj do swoich rodakw i pokajaj si przed ich Rad i Eggarem. Zobaczysz, e ciebie pierwszego batogiem zapdz do roboty. Chcesz, pomog ci: hej!? Strae! Hej! Hej!
- Do! - Do wrzaskw, ktre zabrzmiay w mroku doczy si Bokanova. - Przestacie do diaska, bo znajd was obu i kademu dam po bie. Pamitaj Waldar: Ruksand to nasz towarzysz, a ty Ruksand bacz, e niektrzy twoi ziomcy razem z nami pod ziemi tyraj i na szczliwych nie wygldaj.
- Ha - sapn krasnolud. Odczeka chwil, uspokajajc oddech, i burkn: - Co racja, to racja. Cay ten przewrt to robota kilkunastu staruchw z Rady, a najpewniej samego Eggara. Gdyby twj ojciec pozwoli krasnoludom zarobi, nigdy by im jakie rewolty do gowy nie przyszy.
- Chwila, Ruksandzie! - wykrzykn Waldar - Kto mwi, e zapaty by nie dostali? Wszak pierwej hady naleao sprzeda i to szybko, pki niegi drg nie zawal. Niechby ojciec si wda w rachunki z tutejsz krasnoludzk Rad to do wiosny by nie wyjecha.
- Znowu zaczynacie? - wycedzi Bokanova. - Pamitajcie jedno. Wszyscy razem po kolana wdepnlimy w to gwno, co nam ostatnio unaoczni moci Lee, wylewajc zawarto kuba. Eggar szybko kopalni twemu ojcu nie odda i dalej bdzie nas pdzi do roboty.
- Ale po co? - zdumia si Lee. - Wszak sami mwicie, e wgla std nie wywioz.
- Domylam si - mrukn Ruksand - e Rada chce jak najwicej wgla wybra, do czasu gdy mrz niegi do reszty skuje i saniami bdzie mona wgiel wozi. Wtedy, gotowizn majc, za ktr i bro kupi mona i najemnikw opaci, bd si mogli z xiciem targowa, kto nad kopalniami piecz ma sprawowa. Szczliwie dotkn ich jednak brak drewna na szalunki, a take uczyw i agwi. Gdyby nie to, dzie i noc w kopalni bymy tyrali. Nie martwcie si jednak, was to pewnikiem te z rana czeka. Dodatkowe rce do roboty to dla nich zbyt wielka pokusa.
- Sdz, e los mj szybko si odmieni - odpar wesoo potencjalny kandydat na grnika. - Najpierw si wystraszyem, gdy w gospodzie swoj ofert handlow krasnoludom wyuszczyem, a ci za kark mnie ucapili i do lochu wtrcili - przez chwil sapa oburzony.- Ale z tego co mwicie pewnikiem widz, e o lepsz pozycj przetargow im chodzi. Mniemam tedy, e dwa, trzy dni, cena na moje butleje zostanie ustalona.
- Na co? - zdumia si Ruksand.
- Och, tylko nie to! - wykrzykn Bokanova. - Przywioze butleje? Czyby pochodzi z Laudinum? Jeli tak, to mimo tych ciemnoci jeszcze czarniej widz nasz przyszo. Teraz te pokurcze wykocz nas wszystkich.
- Nie tragizuj, Bokanova - upomnia go Waldar. - Jak zwykle jczysz bez powodu. Co to za betleje i z czym si to je?
- Matko jedyna, ty zakuta pao! - wystka Bokanova. - BETLEJE to ciasteczka, a on mwi o BUTLEJACH! Nigdy o nich nie syszae ty ignorancie?
- Zaraz, zaraz! Moci Lee - sdzc po odgosach Ruksand zerwa si na rwne nogi. - Czyby te wasze butleje to byy nasze lihbolle?
- Owszem - odpar Frank Lee tonem profesjonalisty. - Butleje i lihbolle to jedno i to samo. Nie chc by nieskromny, ale uwaam, e egzemplarze wytwarzane w naszej rodzinie nale do najlepszych.
- Moe kto wreszcie wyjani co to za betleje? - przerwa mu podenerwowany gos Waldara.
- Butleje! BUT-LE-JE! - jkn Bokanova. - To nic innego, kuty afonie, jak wiecce butelki. Rozumiesz ju?
- Nieco powierzchowne tumaczenie, ale oddaje istot zastosowania. - Kupiec wyranie poczu si pewniej w znanym sobie temacie. - Na oko to waciwie zwyke butelki, jeno ze szka przedniej jakoci. Jednak w ich wntrzu zachodzi proces, ktry pozwala uzyska ciepo i wiato.
- O bogowie, to koniec z nami!- jkn Ruksand.
- Teraz masz racj - przyzna poeta. - Majc wiato, twoi pobratymcy bd nas pdzi do kopalni dzie i noc, nie dajc nawet chwili wytchnienia. Tydzie takiej roboty i ...
Usyszeli dwik udanie naladujcy podrzynanie garda.
- Nie chc was martwi - odezwa si po chwili Ruksand grobowym tonem - ale Eggar nawet brakiem stempli przejmowa si nie bdzie, a przy takim rabunku chodniki zaczn si wali w kilka dni. Te wzgrza s niczym ten drogi ser, jaki widziaem kiedy na dworze xicia. Wicej w nich dziur jak skay.
- Hm... Nie martwcie si - powiedzia szeptem Lee. - Za wiele z moich butleji nie skorzystaj. Penych mam ze sob co ze trzy tuziny, a i te przecie szybko si rozaduj.
- Jak to?! - z nadziej w gosie rwnie szeptem zapyta Waldar. - Wszak sam mwie, e te butleje wiato daj...
- Oczywicie, ale przecie nie stale. Inaczej dawno bymy z torbami poszli. Nasze do najlepszych nale, tedy szeciogodzinny certyfikat maj.
- Ale nie wicej? - chcia si upewni Waldar.
- Nie! - Zapewni kupiec, aby zaraz doda ciszej.- Potem naadowa je trzeba.
- Naadowa? - jkny dwa gosy.
- N-no tak... Ale nie martwcie si! - Z odgosu sdzc plasn doni w kolano. - Do tego niezbdne s solidne pioruny, a o te raczej trudno w rodku mronej zimy. O! - triumfalnie zakoczy.
- Koniec z nami! - wycharczeli unisono trzej winiowie.
- Co znaczy, koniec? - zaniepokoi si Frank.
- Panie Lee - niemale z paczem odezwa si Bokanova. - Tyle tdy wdrujecie i nikt wam nie mwi o Wzgrzu Piciu Piorunw?
- A i owszem, podobno na tym wzgrzu powieszono przed laty piciu zoczycw.
- Och, nie! - zajcza Waldar. - Mwisz o Drzewie Trzech Pietrukw, co ich powiesili. A mi chodzi o Pioruny... Pioruny, czyli byskawice! - zgrzytn zbami. - Na tym wzgrzu stoi wiea magiczna. Podobno przed wielu laty wznis j czarnoksinik Colon Stratos. Specjalizowa si w skomplikowanej sztuce wywoywania burz. Podobno zniechcony trudami bada opuci...
- Srata-tata! Opuci! - prychn krasnolud. - To czemu krwawa smaenina na cianach do dzi tam po nocy wieci?
- No-o... Nie wiem. W kadym razie po jakiej burzy ju go nie byo i nie ma. Jednakowo albo w niej co pozostawi, albo obj j jakim czarem, bo kiedy tylko penia nastaje, przez pi dni, koo pnocy, przez godzin wal w ni pioruny. I to nie byle jakie, pono grzmoty, a nad Czarnymi Stawami sycha, a to dzie jazdy koniem std. Zreszt, jeeli si nie myl, ku peni idzie to i sami je usyszycie. Przegapi tego nie sposb.
- Ale-ale! - krzykn Bokanova. - Moe nikt z nich o adowaniu nie wie? Jak si wszystkie butleje wyaduj, to zostawi je w spokoju i wrc do uczyw. Jako tych kilka dni wytrzymamy, a potem wrcimy do starej normy.
- Bogowie-miejcie-lito-nad-nami!.. - wyszepta Frank Lee. - Przecie nim mnie do lochu wtrcili sam im wszystkie zalety butleji wyuszczyem, o problemie adowania nie zapominajc. Nawet im przyrzd niezbdny do tego pokazaem... I-i-i... - rozpaka si i zacz mamrota: - Tatko drogi, mamo moja... Wszyscy moi krewni. Jeli mnie syszycie...
- No to koniec z nami!- zawtrowa mu Bokanova.
Musia run na podog, sdzc po omocie z ciemnoci, a to zlao si z jkiem wydobywajcym si z garde jego towarzyszy. Nie wiadomo, jak dugo ualaliby si nad sob, gdyby nie gone krzyki i zgrzyt otwieranych drzwi. Mrok rozjani blask ognia niesionego przez brodate postacie.
- Nu-o, mo-ci Lee... I-kch! - wymamrotaa pierwsza z nich, przy czym powietrze uderzone woni fermentujcego napitku ucieko do kta i tam trwonie wtulio si w szpary muru. - Cz-czas na was. Miesicz-czek prawie w peni. Tedy poprbujem tej nocy, a nu... I-kch!.. kilka piorunw naap-piecie. No - rusza si! Wszyscy! Co se mylicie wyskrobki, e bdziecie si tu do witu wylegiwa?! J-jip! Jak was wielce szanowny Lee przyucz-czy do roboty, to sami bdziecie na wie chodzi. Cz!.. Cz!.. Czk! - Zaatakowaa go caa salwa czkawki, ale w kocu poradzi sobie z ni: - Cz-czas na was! J-jipczk! - Z wysikiem podnis drug rk i wskaza Ruksanda: - Ty! Zd! Rajco! Idziesz z na! Mi!
Ruksand zerkn na Waldara, poruszy kp wosia pod nosem, ale nie odezwa si ani sowem. Z pochylon gow wyszed pierwszy, przeciskajc si szybko przez szpaler wartownikw.
 
Rozdzia II
 
Trjka obadowanych ponad miar ludzi brna przez ciki, kopny nieg, zapadajc si w nim po kolana. Wszyscy wraz z przydzielon im stra ciko sapali i dyszeli. Wcieke spojrzenia rzucane na Franka Lee dobitnie wiadczyy, e wbrew jego zapewnieniom nadzwyczaj lekki, jak twierdzi, a zarazem przenony sprzt moe i by tak oceniany, ale chyba przez juczne konie. Ju po paru chwilach kady fragment dziwnej konstrukcji ciy ponad miar i wydawa si cakowicie zbdny. Co gorsza, marszu bynajmniej nie uatwia cienki, lecz jak ju si przekonali nadzwyczaj wytrzymay sznur, ktrym byli powizani. Tylko ponure miny krasnoludw powstrzymyway wszystkich, a zwaszcza Bokanov przed ciniciem caego adunku w najblisz zasp. Stranicy co prawda sigali ludziom tylko do brody, za to w barach przypominali solidne piece kaflowe. Z ponurymi minami mao delikatnie zachcali ich do szybszego marszu, ypic przy tym okiem w stron zamkowych sal, skd dobiegay odgosy srogiej pijatyki. Wida cknio si brodaczom za weselszym sposobem spdzenia wieczoru, ni stanie na mrozie i nadzorowanie adowania butelek. Szczeglnie, e wanie dzisiaj odkryto jeszcze jedn piwniczk z winami. Krasnoludy przedostay si tam bynajmniej nie przez drzwi, ktrych strzega magiczna piecz, a przez cakiem spory wyom, ktry ordynarnie wykuy od tyu.
Waldar rwnie zerkn na owietlone okna dworu. Ech, Ruksand skurczybyk, pomyla. Podaje do stou i gary zmywa, ale przynajmniej w cieple.
- No, nie popychaj mnie, przykurczu! - warkn Frank Lee, dgnity w poladek. - Chcesz, abym butleje potuk?
Krasnolud przewierci go zym spojrzeniem, lecz wida obawa przed Eggerem utemperowaa jego reakcj. Nie mg jednak cierpie, e kto ma ostatnie sowo w rozmowie:
- A chcesz zby pogubi, jak tych dziesiciu tuzinw nie naadujecie?
Poziom dyskusji nie wry niczego dobrego i Waldar postanowi czym zaj wzburzonego handlarza.
- Mwicie, panie Lee, ecie obyci z piorunami?
Mimo powrozu na szyi, kupiec zwrci gow ku niemu.
- W naszej rodzinie fach przechodzi z ojca na syna - powiedzia pgosem ale z wyran dum. - W pnocnej czci hrabstwa Kresw wiedz o nas w kadym miecie, tam butelki piorunowe dobrze si zna i szanuje. - Splun sobie pod nogi. - Ale podstawowa zasada to dobra znajomo zasad, a nie, psia ma, jaka magiczna wiea.
Z wyran odraz machn ku samotnej budowli stojcej porodku doliny, gdzie wanie kierowali ich stranicy. Nieoczekiwanie odezwa si Bokanova, dotd tylko pobrzkujcy caymi girlandami butleji.
- Kogo nie usiecze, temu rzy przypiecze.
Krasnoludy, dla ktrych szczytem dobrego dowcipu byo podcicie stempli w sztolni przyjaciela, zarechotay dobrodusznie.
- To takie tutejsze powiedzenie. - Waldar poprawi z brzkiem adunek na grzbiecie. - Podobno uku je pewien miaek, co po pobycie w wiey musia zawsze od rodka aty skrzane na portkach mie.
Obejrza si za siebie.
- Takie mia blizny na zadku, e wszystko inne przeciera w dwa dni - wyjani, widzc niezrozumienie w oczach handlarza.
Ten rozejrza si po nieboskonie. Mrz nadawa powietrzu nadzwyczajnej przejrzystoci.
- W zimie te wal?
- Jak mwilimy - zawsze dwa dni przed peni, w peni i dwa dni po niej.
Reszt drogi przemaszerowali w milczeniu i stanli dopiero, kiedy poczuli pod stopami gruz ukryty pod niegiem. Zoyli u podna budowli butelki i pakunki z czciami dziwnego przyrzdu obdarzonego przez handlarza mianem letopyrza oraz zwj dwiganej przez Waldara cienkiej linki, ktr byli powizani. Dowdca stray wskaza pierwsze stopnie okalajcych wie schodw.
- No, odpoczniecie na wierchu. Toboki w gar i jazda. My was tu przypilnujem, a jak by ktry spada to go bdziem apa.
Wszystkie krasnoludy zgodnie zarechotay ubawione nadzwyczaj celnym ich zdaniem dowcipem kamrata.
- Czycie zwariowali!? - wrzasn Bokanova. - Mamy le po tej lizgawce, a potem skaka na szczycie powizani jak pczek rzodkiewek?
- Rzodkiewki zim nie rosn - zauway inteligentnie jeden ze stranikw, wywoujc kolejn fal wesooci.
- Nie moe to by - popar poet handlarz. - Musimy mie swobod ruchw. Inaczej nici z owienia piorunw. Co innego sterowa letopyrzem jak si biega po polu. Ale tutaj ledwie bdzie si mona ruszy. Jeden krok i to ktry z was bdzie owi pioruny.
Dowdca eskorty zadar gow i spojrza na czubek wiey majaczcy w srebrzystym wietle ksiyca. Nastpnie obrzuci ponurym spojrzeniem winiw i lec u ich stp stert pakunkw. Z zafrasowaniem podrapa si po gstej brodzie. Wida, e argumenty przedary si do jego umysu, ale walczyy tam z posuszestwem, a chyba jeszcze bardziej ze strachem.
- Eggar rozcina sznurw nie kaza - wymamrota niepewnie.
- Ale i nie zakaza - wpad mu w sowo Bokanova. - A najtsze umysy na dworze xicia Partyka powiadaj, e co nie zakazane, to i dozwolone. - Nie doda jednak, e slogan ten ukuto na wie o podbojach i to nie wojennych samego xicia.
- Niby to i racja - odpar krasnolud poechtany nieco przyrwnaniem do najtszych umysw. - Zrobim tak: pjdziecie wolno, jeno ciebie - wyszczerzy zby i grubym paluchem wskaza na Bokanov - zostawim na sznurku. Jeden ruch i fruuu... spotykamy si na dole.
- Jak to! - wydar si wierszokleta. - Dlaczego ja, moe on? - wskaza na Waldara.
- Bo przywizany jako ostatni - odpar krasnolud. - I nie bdziem si wicej mczyli nili trzeba.
- Co to za mka? - broni si buczucznie Bokanova. - Tak cienizn jak ten sznurek w mig przetniecie.
miech krasnoludw nieco go sposzy.
- To to nie zwyczajny konopny sznurek, jeno kopalniana lina - odpar jeden z krasnoludw, ocierajc z oczu zy.
- Co takiego? - zdziwi si ju zwyczajowo Bokanova.
- To sznur wzmocniony najlepszym drutem w naszych kuniach kowanym - odpar z niejak dum dowdca. - Dlatego lina, cho cienka i lekka, jest w stanie unie wielkie ciary.
Potem wyj z jednej z przytroczonych do pasa sakw dziwne noyce o krtkich ostrzach i dugich rczkach. Z ich pomoca uwolni Waldara wraz z handlarzem.
- Niech tylko ktry sprbuje mign w bok, to wasz koleka pozna co to ptasie loty - doda na koniec i potrzsn zwojem dugiej linki.
Jego kamraci, ju chyba tak z samej radoci ycia, poszturchiwaniami ustawili ich rzdem przed wie. Waldar, przy kadej okazji popychany mocniej od innych, zme w ustach przeklestwo, wsta i otrzepa si ze niegu. Chcc nie chcc, rozpoczli swj marsz ku wierzchokowi
Jak na wie stawian przez maga, w zasadzie wygldaa typowo. To znaczy schody miaa na zewntrz, a wejcie do rodka od gry, i kady, kto mia cho ut rozumu, wiedzia, e co takiego naley omija sporym ukiem. Co do schodw, jeli tu nawet bya jaka bariera, to lad po niej zagin, a i stopnie wykruszone socem, deszczem i mrozami pozostawiay wiele do yczenia. Teraz na dokadk przyprszone niegiem daway niepowtarzaln okazj do krtkiego lotu po stycznej do budowli. Krasnoludy, krc wok wiey, wiernie odtwarzay ich spiraln drog ku grze. Wkrtce dawao si rozrni wydeptan w niegu ciek. Frank Lee zakaszla.
- A waciwie dlaczego do tej wiey nie da si wej?
Idcy na czele Waldar zwolni i wspierajc plecy o ospowaty mur, zwrci ku niemu twarz, blad w wietle ksiyca.
- Wej si da, a kady kto wszed, czy tego chce czy nie, w kawakach wylatuje.
Handlarz potkn si i gdyby nie rka Bokanovy, jak nic spadby na d.
- Tutejsi mwi, e tam jakie potwory mieszkaj, co ludzi zeraj - jego wybawiciel dmuchn dugim piropuszem pary. - Ale to bujda. Faktem jest, e gow jedynego wcibskiego poszukiwacza skarbw znaleziono spory kawaek od jego butw, ale nawet wilcy jej nie nadgryzy!
Frank Lee dokonywa teraz cudw akrobacji, aby nie dotyka muru wiey, a zarazem nie zlecie ze stopnia. Nie wiadomo, czym by si to skoczyo, gdyby nie szczyt, ktry ukaza si za kolejnym zakrtem. Poszczerbione blanki nadaway mu wygld monstrualnego, a na dodatek obtuczonego denka od butelki. Zoyli baga porodku krgu, w miar daleko od klapy wazu. Bokanova mia idiotyczne wraenie, e syszy szepty dobiegajce spod zamknicia, lecz nie dzieli si z nikim tym spostrzeeniem. Frank Lee trzscymi si rkami gmera w wizkach butelek, potem wyszarpn ze dziwne urzdzenie, ktre najbardziej przypominao nadnaturalnej wielkoci grzebie ze szpikulcem. Gdy skoczy, z cienkich prtw pocz skada letopyrza.
- Swoj drog pikny widok - mrukn Bokanova wsparty o zrb muru.
Istotnie mieli std panoram na ca dolin i otaczajce j wzgrza. Skpane w srebrnym wietle ksiyca przypominay Waldarowi pejza na jednym z arrasw w bibliotece.
Nieartykuowany ryk z dou i mocne szarpnicie sznura targno Bokanov i przywrcio ich do rzeczywistoci.
- Dobra, dobra! - krzykn Waldar, przezornie trzymajc druha za rk. - Jeszcze nie grzmi! - I po chwili doda znacznie ciszej. - Durniu....
W tym wanie momencie rbno, a skry sypny. Bokanova wrzasn i wskoczy przyjacielowi na plecy. Ten zakl i wyoy si jak dugi. Kiedy w uszach przestao im dzwoni, usyszeli nerwowy chichot handlarza.
- Wstawa, zajce - zawoa podejrzanie oywiony. - Burza idzie!
Stojc w rozkroku trzyma w doniach linki letopyrza szarpanego nie wiadomo skd przybyym wiatrem. Jego podmuchy wiroway wok wiey niczym wiedmy na weselu.
- Wiza link do szpikulca! - poleci handlarz wskazujc na grzebie. - A u dou butelki przystawcie.
W miar sprawnie, rzucajc kose spojrzenia w gr, wyjli naczynia z wiklinowych stojade i ustawili w rzdzie. Kiedy wizali lin, powietrze wok szczytu wiey zaczo ostrzegawczo trzeszcze.
- Szybciej, do licha, bo nas przysmali! - rykn handlarz zmagajc si z cudownie oywionym letopyrzem. - Uwaga!
Pucili sznur w ostatniej chwili. Od nieba ku ziemi pomkna bkitna jasno, skowyczc zataczya na szpikulcu, a potem z potpieczym chichotem spyna do butelek.
Odskoczyli, lecz i tak w ich twarze zion, gsty jak sos odr spalenizny. Frank Lee zachowywa si jak okoliczny wariat, jurodliwiec - taczy na krawdzi muru i piewa na cae gardo. Skoczyli ku niemu i nie baczc na kopniaki, cignli na platform. To go dziebko otrzewio.
- No - spojrza przytomniej. - Wymieniajcie butelki. Szybko!
Nie byo czasu na wystawianie diagnozy. Zaoyli rkawice i ostronie wsunli naadowane butelki w stojada. Kiedy podstawili puste, powietrze znowu zawierkao i grzmotno tak, e a kawaki muru prysny. Poeta zamamrota co, co w chwili wzgldnej ciszy nie zabrzmiao jak litania ani cytat z wielkich poetw.
- W mord, w mord! - rycza Frank Lee. - Nie zapaem go!
Znowu rbno, a klapa wazu podskoczya. To kolejny piorun trafi gdzie w wie, omijajc letopyrza. Handlarz, niczym w transie, wygina si na wszystkie strony, prbujc nada mu waciwe pooenie. Tym razem udao si! Jasno spyna wzdu sznura i po grzebieniu przeskoczya do naczy. Bokanova chwyci najblisze i zawy. Wosy stany mu na sztorc, a zby zgrzytny tak upiornie, e nawet szklarz nie znisby tego dwiku.
- Za duy adunek - rzeczowo stwierdzi Frank Lee. - Pom mu, to nadmiar szybciej spynie.
Waldar wolaby wsadzi rce do ula, ale rzuci si do druha i chwyci za butelk. Zatelepao nim paskudnie, a potem ze zgroz poczu jakby wo smaonej wieprzowiny. Szczliwie po sekundzie podrygi Bokanovy ustay. Wcisnli niesforne naczynie do stojada i klapnli na posadzk.
- Zlaem si - powiedzia pisarz ponuro, cho jego zby wci wystukiway rytm - marzenie kadego werblisty.
Podnis do gry rce i mogli zobaczy nadpalone rkawice. Znowu poczu szarpanie sznura. To krasnoludy przypominay, kto tutaj rzdzi. Mimo e minie bolay jak po srogim obiciu, musieli wsta i dokoczy wymiany naczy. Handlarz w kolejnym napadzie euforii prezentowa na wieycowym parapecie nowe, efektowne taneczne figury.
ups! Nastpny piorun, kolejne butelki i tym razem Waldarowi sfajczyo cz czupryny.
ups-dups! Znowu podmiana i kolejne ups! Uszy bol, w nosie krci, a w gbie smak, jakby metalowe opiki u. Z radoci ustawili ostatni porcj butelek.
Frank Lee, teraz ju zmczony, z trudem manipulowa letopyrzem. Wyranie opuciy go niezdrowe emocje i jedyne co chcia, to skoczy zadanie. Wiotki teraz letopyrz kreli zawie ptle, jakby usiujc przechwyci jeszcze ten jeden, ostatni bysk. I tak si stao! Grzmotno, lecz jednoczenie, z czystego dotd nieba sypn nieg. Niespodziewana zawierucha przeszya ich ciaa tysicem lodowych igie. Handlarz zachwia si, a potem wolno, jak na jakim pokazie, zacz spada. Bokanova rzuci mu si na pomoc i nietrudno byo zgadn, e sznur po ktrym spyway byskawice, splcze si ze sznurem ktrym by opasany. Krzykn rozpaczliwie, lecz nie byo czasu na jakkolwiek reakcj. Pomie byskawicy spyn z nieba i cho cz jego skierowaa si do butelek, reszta porazia obu mczyzn oraz stojcego na dole krasnoluda. Brodacz zawy, a wzgrza odpowiedziay echem.
Cudem chyba tylko udao im si cao opuci wie. Potykajc si o spltane linki letopyrza, dwigajc naadowane pojemniki i - poganiani kolejnymi uderzeniami byskawic - na p zeszli na p zjechali po schodach okalajcych wie. O dziwo, nie tukc adnej z dwiganych butlei.
Tutaj siy opuciy handlarza i Waldar, bez zbytniego entuzjazmu, musia wzi go na plecy. Na szczcie zawieja nieco zelaa. Krasnoludy, zapomniawszy o swojej roli, wziy cz bagau. Jeden z nich, ten trafiony przez piorun, wyranie gada od rzeczy, gdy pomstowa na Eggera na czym wiat stoi. Handlarz wtrowa mu guchymi jkami. Co jaki czas bekota o okowicie, lecz niejasnym byo, czy zamierza j pi, czy okady czyni. Wieyca za nimi na przemian gina i pojawiaa si w tumanach znowu sypicego niegu. Krasnoludy oglday si na ni trwoliwie. W biaym wietle ksiyca wygldaa jeszcze straszniej. Nagy bysk jeszcze jednego spnionego pioruna olepi ich prawie.
- Jutro my nie idziem! - Zdecydowa nagle pokurcz trzymajcy ariergard. - Kolej na tych, co fedrowali dzi piwniczk janiepastwa.
- A juci - nie pdziem! - Pisn inny, z tyu. - Egger tupnie nog i pierwszy bedziesz lecia.
Bokanova, zawsze skory do jtrzenia, przesta liza zakrwawione kostki lewej doni i wtrci si: - Jutro to dopiero bdzie grzmiao. Jutro jest penia!
- To prawda - doczy Waldar. - Jest takich kilka dni w roku, e pod wieyc cign z okolicy wszystkie koty. Bo jak wali w ni, tak jak pewnie bdzie wali jutro, to ziemia si nagrzewa a dymi wkoo i wszystkie szczury, myszy, aby i inne paskudztwa wygania z dziur. Zwykle tak jest z pocztkiem grudnia.
Bokanowa obejrza si podejrzliwie - skd taka fantazja u tego scyzoryka? I nagle wspomnia sobie trzy koty, ktre dostrzeg z wiey w blasku ksiyca.
- Waldar, ty nie kamiesz, jutro bdzie jeszcze gorzej! - niemal krzykn ze strachu.
- Bdzie. Nie pamitasz, jak kiedy pisae ballady przy wietle piorunw?
Nie pamita, lecz to nie znaczyo, e nie byo tego incydentu, ballady rzadko pisze si o suchym gardle. Przypomnia sobie jednak co innego - sam kiedy w fenomen obserwowa i doliczy si, e w peni w t przeklt iglic trafia znacznie wicej piorunw ni w przeddzie.
- Jutro to nas dopiero przesmay - jkn w nadziei, e przyjaciel znajdzie jakie pocieszenie. - Bdzie gorco, oj bardzo gorco.
Szli chwil w milczeniu. Wiatr nis zapach ciepa, dymu i strawy. Gd ponownie mimo blu, zmczenia i ponurych prognoz da zna o sobie. W brzuchu Bokanovy co zagrao. Sign do kieszeni, gdzie wrd mieci wyczu rk kilka wyschnitych na ko okruchw chleba.
- eby- cho kropla wina - buchn z niego al najszczerszy, wspomnieniem licznych uczt przywoany. Zrozumia, e takie wspomnienia nachodz prowadzonego na szubienic zodzieja, e to niemal przedmiertne skurcze pamici. Pocign nosem. Czy to moliwe, e dla jego podniebienia sprowadzano zza dalekich wschodnich mrz traw cytrynow i uszate grzyby mu-er, e udce wielkich kurakw posypywa szczodrze i rozrzutnie zmielonym korzeniem galangi, e przebiera midzy cukrem palmowym, a miodami?
- Wina? - zdumia si Waldar. - A co ci do ba przychodzi, tuku. Woda i chleb ju nie starczaj?
Wyczu, e z przyjacielem jest niedobrze i prowokowa go do ktni, co zawsze poet wprowadzao w lepszy humor.
Tym razem nie.
Bokanova szed z przymknitymi oczami i mamrota dalej.
- Czy wiecie, jak przygotowa na ten przykad grzyby shiitake z czarnymi orzechami? - Nikt mu nie odpowiedzia. - No wic potrzebujemy dwurczn gar grzybw shiitake, dwie cebulki dymki, yk wazow oleju orzechowego, yk sosu sojowego, tak sosu rybnego. Albo kura w mleku kokosowym, albo kura z kasztanami wodnymi. - Splun w nieg. - Nie, kaczka w sosie korzennym! - zdecydowa. - Kaczka w sosie korzennym, o ile mamy sok tamaryndowy i dobry korze galangi...
Zapewne pokrci co z korzeniem albo nie trafi w gusta Waldara, gdy ten zdzieli go potnie w kark, zmuszajc do milczenia.
- Patrz, te pokurcze sobie nie poauj! - wskaza na majaczcy w dali wz.
Faktycznie - by peen jakich naczy. Nie wiedzie czemu okryty pacht. Wiatr targa ni na wszystkie strony, ukazujc co jaki czas dziwne ksztaty. Niewiele ich obchodzio krasnoludzkie opilstwo. Sznury na ich szyjach szarpny, zapowiadajc suncego chwiejnie w ich stron samego Eggera.
- Jutro to wszystko ma by porzdnie naadowane! - przykaza, stajc przezornie o kilka krokw od nich.
Bokanowa i Waldar spojrzeli z nienawici. Frank Lee nagle zacz si szarpa, wic szlachcic z ulg opuci go na nieg. Handlarz wsta zataczajc si jeszcze.
- Widz, e butle kto powiza po szesnacie - krzykn. - To szalestwo!
- Cz-t! - Czkn i wzruszy barami krasnolud. - Niektrzy cae ycie spdzaj w szale - rzuci filozoficznie.
- Panie, do szesnastej butelki to nawet podej si nie da - z dwu krokw wsiskami rusza zaczyna! - jkn kupiec.
- Nie moje zmartwienie. Nie bd wszystkie pene, albo bdzie ktra oszukana, dacie mi wreszcie dobr okazj! - Przejecha paznokciem kciuka po szyi i odwrci si na picie.
 
Rozdzia III
 
Mimo e wejcie do lochu wyszczerzyo ku nim ciemn paszcz, widok ten przyjli z ulg. Tu przynajmniej mieli oson przed wiatrem, a i t odrobin ciepa. Krasnoludy odwizay sznury, cisny im jedn butlej i zatrzasnwszy z hukiem klapenblok, pognali napeni kaduny piwem, winem i arem.
Teraz, gdy mieli wiato mogli dokadniej przyjrze si miejscu, gdzie ich trzymano. Jeszcze tydzie temu mieci si tu magazyn broni. Po wyjedzie tatki niewiele tam zostao, ale na pocztek krasnoludom wystarczyo, kiedy si przekuy z kopalni do skadu. Po tym wyczynie pozosta ziejcy mrokiem otwr na cianie.
Waldar spojrza na trzyman w doni butlej, a potem przenis wzrok na towarzyszy niedoli.
- Myl, e przed snem mona si jeszcze rozejrze - stwierdzi.
Gdy zaszli ju dobre kilkadziesit metrw w gb, niespodziewanie odezwa si handlarz.
- Wybaczcie mi.
- Co, wybaczcie? - zdumia si Bokanova, ktry zawsze jako ostatni traci siy do gadania.
- To ju nasz koniec. Znam si na tym, pradziadek i stryj dziadka prbowali z chciwoci dokaza tej sztuki i adowa po osiem - dziesi butli na raz. Jeno klamry od butw i sprzczka od pasa si po nich ostay.
- Czemu mamy adowa na raz, czemu nie tak, jak si naley? - Waldar by jak zwykle konkretny.
- Bo je te, tfu, pokurcze z dzy zota tak powizay. Wiedz doskonale, e wicej ni kilka yni nie schwycimy, wic wzili si na sposb, by zyski pomnoy...
- Ku chwale krasnoludzkiego ludu! - dokoczy niespodzianie Bokanova. - Ju ci i ja dostrzegem, e od trzeciej, czwartej butli, niebieskie pomyki biegaj, pki ich na ziemi nie postawi.
- A gdybymy jako ich oszukali?.. - zapyta Waldar, starajc si co wypatrzy w bocznym korytarzu.
Handlarz ciko westchn.
- Nie wiem, co by tu wymyli. - Zastanawia si chwil. - Trzeba by wizanie rozcina, sznury przekada... Czasu nie ma, a i tak ledwo z yciem z wiey uszlimy, nie pomotamy ich porzdnie w tym piekle. Tak spalio mojego tatulka. Moe raczej da si jako zbiec?
- Std? - Waldar wymownie potoczy wzrokiem dokoa.
Pokurcze, wsadzajc ich do skadu, czcego si jeno z kopalni, doprawdy nie mogy znale pewniejszego zamknicia. Inne zamkowe lochy, cznie z tym sucym za wizienie miay kraty w oknach, ktre zawsze mona choby prbowa wyama. Tu nie byo adnych okien i praktycznie jedno wejcie. Byy jeszcze dwa wyomy: ten do kopalni i drugi, mniejszy do piwniczki z winami, jaki pokurcze zaczy dry kilka dni temu. Zawrcili i poszli go zobaczy, gdy by niedaleko ich legowiska.
- Solidna robota - przyzna Bokanova, macajc wygadzone ciany.
Waldar w zamyleniu skubn zbami ws i splun z obrzydzeniem - osmalony i okopcony, smakowa ohydnie.
- Prowadzi do sali balowej, prosto w apy pokurczy - powiedzia cicho.
- Nam chyba trzeba w drug stron - zgodzi si Bokanova. - Ale wszdzie we dworze pokurcze siedz...
- Nie znacie jakiego zaklcia, eby te poczwary pospay si, a my sobie spokojnie przeszli? - zapyta z nadziej w gosie Lee.
Obaj miejscowi pokrcili gowami.
- Ucieka nie ma gdzie - mrukn Waldar. - Ale jakby ich do loszku, a my na pokoje? - zawieciy mu si oczy.
- Moe si pochlej? - podsun handlarz.
- Nie ma tyle wina - krtko skonstatowa Waldar. - Te zakute by... - machn rk. - Z rwnym skutkiem moesz wla butl wina w krasnoluda, jak i do stawu - ani jedno, ani drugie si nie upije.
Lee oklap.
- To ju moe atwiej by poszo z drzwiami od skadu... - zacz z namysem Bokanova. - Przynajmniej wyszlibymy od razu tam, gdzie chcemy.
Medytowali jeszcze chwil. Jedyne posunicie, jakie mogli wykona, to ucieczka w gb kopalni. Ale i tam krasnoludy, dla ktrych ciemnoci i kamienne korytarze byy rodzimym ywioem, zyskayby po chwili przewag.
- Idmy lepiej spa - zarzdzi w kocu pozbawionym nadziei gosem Waldar. - Nic z naszego gadania.
W ponurych nastrojach wrcili do komory i uoyli si w barogach. Zapada cisza. Nawet nie przewracali si na swoich legowiskach. Sycha byo tylko kapanie wody i monotonny turkot koa w gbi kopalnianego korytarza. Bokanova i Waldar, przyzwyczajeni do hurkotu, nie syszeli ju tego, niczym mynarz turkotu myna.
Handlarz chwil wierci si na cienkiej warstwie somy, potem podnis wiecc jeszcze butlej i ruszy w gb korytarza. Skrci kilka razy, szum przyblia si, a zza kolejnego zakrtu pojawia si maszyneria. W wietle butleji dostrzeg spor sal, ktrej krace giny w mroku. Krcio si tam kilka k tak wielkich, jak najwiksze myskie, jakie widywa w miastach. Cigny je wielkie pasy. Wspieray si na pomostach podpartych skomplikowanym belkowaniem. Niewiele z tego rozumia. Wielkie cienie biegay po cianach, mieszajc si z rzeczywistymi obrazami. Patrzy na to wszystko drapic si po gowie. W kocu podszed do najbliszego jarzma, odsupa wzy pludrw i z wyran satysfakcj skierowa swe wody na rdo haasu. Rozleg si ledwie syszalny trzask, jak pstryknicie na paznokciach, a potem pene boleci przeklestwo. Handlarz, trzymajc si za obolae przyrodzenie, zbliy si ponownie do koa. Wycign niepewnie rk i pstryknicie powtrzyo si ponownie. Frank znw podskoczy jak kolnity ig. Pchnity nag myl pobieg z powrotem. Chwil pniej brutalnie szarpa Waldara za konierz.
- Pomcie, panie, jest chyba ratunek. Bogowie nam pomogli, wstawajcie.
Cudem byo, e wstali i poszli za nim. Kolejnym cudem byo, e obydwaj zgodzili si krci jak optani kieratem, gdy handlarz czyni jakie uroki przy umocowaniu. Przykada do niego wierzch doni, pasek od pludrw, ryzykowa utrat czupryny i jzyka.
- Szybciej! - dar si poprzez hurkot, a obydwaj towarzysze niedoli biegali wkoo a do zupenej utraty tchu.
- Dosy! - wrzasn wreszcie ku ich uldze. - Chyba wiem - owiadczy. - Trzeba przynie tej substancji, ktr pod pasy podsypuj, by si nie lizgay.
Bokanova, rozwalony pod cian, i Waldar, ciko oparty o postument spojrzeli na siebie z rezygnacj. A wic nie by to jeszcze koniec eksperymentu. Szlachcic, jako mocniejszy, poczu si zobowizany do wykonania tej pracy, ruszy na chwiejnych nogach i po chwili przytaszczy kilka to przewiecajcych bry. Handlarz przetar jedn rkawem.
- Popatrzcie - zademonstrowa z tryumfem, jak tajemna sia przyciga jego wosy na brodzie. - To nam jest potrzebne! Do roboty! - zawoa, nie widzc zwtpienia w oczach towarzyszy.
Ponownie ruszyli w kolisty tan. Widzieli przez mgnienia, gdy odsaniay go szczeble k, jak Lee przykada bryy do pasw.
- Szybciej, nie moecie jeszcze szybciej? - woa z gry.
Bokanova nie mg. Ani szybciej, ani w ogle. Potkn si i rymn jak dugi, prosto pod nogi Waldara. Ten run kolanami na brzuch druha. Rozleg si ostry huk, a w oczy uderzya niemoliwa w podziemiach byskawica.
Waldar przeturla si i skoczy na ratunek przyjacielowi. Pisarz jednak, jak na rozduszonego, doby z siebie cakiem zdrowy potok kltw. Obaj spojrzeli w gr: handlarz lea przy pasach bez ducha.
- Zabio go? - sykn Waldar. - Co mymy... - umilk, chwil pomedytowa i zdecydowa, e on nikogo nie zabija. - Zabie go!? - sykn.
- Ja? Odczep si.
- Ty! Kto si kapuchy obar? - uklk a potem wsta, ale zaraz trwoliwie przykucn i rozejrza dokoa. W powietrzu mierdziao, uch jak mierdziao...
- No wybacz! - oburzy si poeta. - Skd niby mam wiedzie, kiedy moje bdziny mog kogo... - Wcign powietrze przez nos. - Co tak mierdzi?
Zabity poruszy si i kaszln, a potem potrzsn gow.
- mierdzi gaz przy wyadowaniach powstajcy - wystka.
- yjecie?!
- Tak, ale co to za ycie, jak zawsze mawia mj brat nastpnego dnia po rozszpuntowywaniu beczek...
Przewin si przez rami i zeskoczy na d do Waldara i Bokanovy. Zerkn ponad ich gowami, obejrza si do tyu.
- To jest machina, ktra jako ywo pioruny wytwarza - sykn, przysuwajc ich gowy do siebie. - Moglibymy naadowa tu butleje i nie ryzykowa na wiey! - zachichota i zatar donie.
- Jak?
- No, zwyczajnie. Zamiast wazi na wie, przyniesiemy tu butleje, naadujemy i krasnoludom damy. Macie, udawcie si!
Bokanova szarpn si, odsun i soczycie splun w bok.
- No to wtedy w sztolni zdechniemy! Bo na co innego im si nadamy?
Zapada cisza.
- Nie zdradzimy, jak to robi... - bkn bez przekonania Lee.
- Pierwszy zdradz! - ostrzeg poeta. - Jak mi obiecaj drzazg pod paznokie, pierwszy opowiem!
- Opowie - potwierdzi Waldar.
- No to nie wiem. - Frank oklap, zmala, przygarbi si. - Szkoda, bo to wielkie odkrycie... Zastosowania niezmierzone...
Poeta prychn i odsunwszy stop kilka wikszych okruchw usiad na ziemi.
- Zastosowanie pierwsze, kurza jego rzy, to zaatwienie krasnoludw. - Pocign nosem i splun ponownie. - Za to bym si wam pokoni.
Frank Lee umiechn si sabo.
- Jakby tu ich cign... - powiedzia. - Jakby si wzili za rce, a my tym z kraja dali po... - rozejrza si po komorze - ... dalibymy po kawaku linki kopalnianej do machiny podczonej... - W oczach rozbysy mu iskry. - Och, jakby pizo po tych krasno... krasnochamach!
Poeta zamar wpatrzony w niego, a potem wolno odwrci gow i popatrzy na przyjaciela. Tamten odda mu uwane spojrzenie. Potem obaj wolno odwrcili si i wpili wzrok w handlarza.
- Co by to dao? - zapyta, wolno cedzc sowa, Waldar.
- Electricum... A! - Machn rk, widzc rodzcy si ich oczach bunt. - Powiem prosto. Zamiast adowa butleje powizane, adowalibymy ich, bo byliby zczeni.
- I wieciliby? - zainteresowa si poeta, wstajc z ziemi.
- Co do wiecenie pewny nie jestem - mglicie zacz handlarz i zaraz doda: - Ale przy zacnej dawce electricum dugo by si z ziemi nie podnieli!
- Och, chciabym to zobaczy... - wymamrota Bokanova.
- Jak te - przyzna Waldar i odwrci si do Franka. - Poczekajcie, mistrzu - zacz przyjanie. - Powiedzcie jeszcze raz, powoli i prostymi sowy - czego by nam trzeba, eby w sodki widok ucieszy nasze oczy?
Frank Lee podrapa si po czubku gowy, rozlegy si ciche trzaski, wic Bokanova i Waldar odruchowo odskoczyli od niego.
- Trza by byo...
 
Rozdzia IV
 
Do zodziejskiego wyomu doszli w milczeniu, wymieniajc tylko znaczce spojrzenia. Ich plan dziaania by wty i cerowany zwrotami: "Jako to bdzie" i "Potem si zobaczy" jak kapota dziada podgrodnego. Zapach rozlanego wina i pijackie piewy bawicych si krasnoludw z pewnoci nie dodaway im otuchy.
Stra w piwniczce z winami, jak si naleao spodziewa, chrapaa spita do nieprzytomnoci. Zreszt pilnowa ju za bardzo czego nie miaa. Waldar zawaha si, widzc potrzaskane beczki i potuczone butelki po wiekowych napitkach, ale nie by teraz czas na emocje. Zaciskajc zby, przeszed przez kolejny wyom na zamkowy korytarz, zerkajc z ironi na wci nienaruszone drzwi z magiczn pieczci. Tam si rozdzielili.
Bokanova i Frank Lee na palcach, z omoczcymi sercami, dotarli do drzwi prowadzcych na dwr. Zamie momentalnie pokna wszelkie odgosy uczty, odcinajc przy okazji wszelakie wiato. Macajc przed sob drog, niemal rysujc nosem bruzdy w wieym puchu, doszli do stajen, skd wyprowadzili dwa zaspane i niechtne do zimowo-nocnych spacerw kuce. Przemknli z nimi do wrt prowadzcych do kopalni, a potem, zagarnwszy jeszcze p tuzina butleji w ich widmowym wietle zaprowadzili zwierzta do machiny. Tam zajli si wprzganiem czworonogw do kieratu, wymieniajc zduszone przeklestwa.
Waldar rwnie przygity, przypominajc pokracznego garbusa, mkn od zaomu do zaomu, od filara do filara, wszdzie napotykajc lady beztroskiej gospodarki nowych panw - obszczane supy, zbezczeszczone donice, pochlastane noami kurtyny i kilimy. Sami daj, pomyla, dowd na nietrwao tego, co zamylili - postpuj jakby to miao trwa tylko kilka godzin, a nie - jak gadaj - na wieki wieczne. Ale - od tego mi nie lepiej: zanim jutrzenka swobody wzejdzie, rosa oczy wyre.
Odskoczy za wysokiego spowiaego wypchanego niedwiedzia, ktrego zadgaa kiedy prababka Grilda, a ktremu dowcipni kurduple doczepili okaza marchew do podbrzusza. Po korytarzu wanie wloka si trjka konusw ledwo przebierajcych nogami.
- Zaf... Zaf... - gada jeden, jakby wiczy ujadanie - zawsze ta jest, brachu, e wszystkie s rwne... rwne, ino kilku jest rwniejszych!.. - dokoczy i pokrci ze zgroz gow, przez co straci rwnowag i run na plecy.
- Ta!.. - zgodzi si drugi, nie zauwaajc, e filozof ley ju na pododze,
Trzeci nie odzywa si w ogle ca uwag powicajc problemowi przestawiania ng. Waldar min ich niezauwaony i chykiem dotar na zaplecze kuchni. Wspi si na palce, zajrza przez wytuczon szybk w drzwiach. Ruksand siedzia przy piecu i z powag wylizywa du mis. Zadowolony z rekonesansu najkrtsz drog, przez kuchenne wejcie, Waldar wyskoczy w zamie. Zdyszany dotar do reszty spiskowcw:
- Uda si? - zapyta, widzc ich pochylonych nad czonymi przez siebie linkami.
Nie by zdziwiony, widzc sporo niepewnoci w obliczu Franka Lee i jeszcze wicej w spojrzeniu przyjaciela.
- No to do dziea.
 
Rozdzia V
 
Ruksand zaprzgnity do roboty przy uczcie gania do kuchni i z powrotem popychany i ponaglany przez wspplemiecw. Ju kilka razy omal nie odmachn si i nie hukn ktrego, ale za kadym razem myla sobie, e jeli spije bractwo, to moe uda mu si uwolni przyjaci. A jeli hardo si postawi, to tylko przypomni przywdcy o jecach, ktry moe wtedy wpa na jaki zabawny pomys... Zgrzyta wic zbami i wypi z goryczy tylko sze szklanic wina.
- Polewaj! - rykn jaki rudzielec, wycigajc w jego kierunku naczynie. Stojc zazwyczaj pod kiem, bynajmniej nie suyo ono wczeniej jako garniec.
Ruksand mciwie zacisn wargi i obficie nala rudemu. Ten ykn i nagle wydar si na cae gardo, niemal pokrywajc gwar bezadnej chamskiej biesiady:
Krasnoludzka dziewucha
ma takie cycuchy,
e jak si w nie wtulisz
Mylisz e podu-uchy!
Odpowiedzia mu aplauz kilku najbliszych ssiadw. Ruksand ruszy wzdu stou, przystajc eby dola wina, szczeglnie tym, co jeszcze mogli pi. Jeli kto nie spa i nie pi, delikatnie podtrzymywa za brod i wlewa w gardo - kwart, dwie. Ale, zauwaa z rozpacz, wino miao si ku kocowi, a caa masa twardszych krasnoludw nie zamierzaa zapada w sen. Poza tym krcia si tu rwnie masa krasnoludek, pijcych mao, a niewiele tylko mniej niebezpiecznych. Spodobao im si takie ycie - pozabieray dziewkom ich szmatki oraz bielida i rumiana, aby wdzicznie w swoim mniemaniu zasi przy boku mw, swoich i cudzych.
- Teraz ja! - wydar si ktry z obstawy Eggera i zanim ktokolwiek zdy mu przeszkodzi wyrycza:
Skakaek przez gry,
Skakaek przez morze.
I wiem, e powyej jajec
Nikt skoczy nie moe!
- Hej! - przytakno mu kilku blisko siedzcych.
Ci, zauway Ruksand, s najgorsi. Albo pij mniej, albo by maj twardsze - nie bierze ich. Mgbym domiesza im do wina okowity i zrobi - jak to zw - lechickiego skurwyndera, co to kopie jak mu, ale okowit wypili, albo przehandlowali, bd te przywdcy schowali j dla siebie. Na razie, zdecydowa, trza polewa ile si da.
- Pst! - usysza z tyu.
A psykaj sobie, ju lec, pomyla.
- Ruksand, cymberdzieju jeden!
Omal nie uroni dzbana, obejrza si. W kilimie yskao na niego jakie oko. Odwrci si tyem i cofn odchodzc w ten sposb od stou i zbliajc do przykucnitego za zason Waldara.
- Czy ty oci...
- Cicho! Suchaj, trza ich namwi do taca! - usysza za plecami gorczkowy szept.
- Do taca?
- Nie powtarzaj za mn, wiem co mwi - DO TACA!
- Chcesz ich zmczy? To gup...
- Zamknij si, bo ci zdziel! Maj taczy, wszyscy, a przynajmniej wszyscy przytomni. Potrafisz to zrobi?
- Ja potrafi wszystko - obrazi si Ruksand.
- No to policz do pidziesiciu i zaczynajcie tan.
Kilim poruszy si, co szczkno cicho.
Do ilu? Pidziesiciu? Przecie potrafi tylko do siedmiu, uprzytomni sobie krasnolud. Poczu gorco bijce do gowy. Co tu robi? Niech to...
- Hej, panienko - zagadn siedzc najbliej, znudzon troch picymi wokoo kawalerami kransoludk. - Umiesz ty aby liczy do pidziesiciu?
- Aaa... - tak odpowiedziaa po chwili namysu. - To jest tak samo jak do jednego tylko pidziesit razy.
- Aha - przekn tward gul tkwic i rozrastajc si w gardle. - A mogaby pokaza mi jak to zrobi?
- No... - zawahaa si. - Dobrze. To bdzie tak: raz, raz, raz, raz, raz, raz...
- Jeste pewna, e to tak idzie?
- Jak wiesz lepiej, to licz sam!
Krasnolud poczu pot obficie wystpujcy na czole.
- Dobra - machn rk, wiadom upywajcego czasu. - To ucz mnie!
- Ale czego?! Wszak ju powiedziaam: raz, raz, raz...
- Ale ile razy???
- Pidziesit! Przecie tyle chciae? - Przyjrzaa mu si uwanie. - Hej, a co ty taki dociekliwy? Nie jeste aby szpiegiem? Po ci tyle wiedzie?
Wsta i pokaza trzymany w rku dzban.
- Po prostu chciaem wiedzie, ile jeszcze przynie...
Machn rk i odszed.
- Raz, raz, raz... - pomrukiwa do siebie nalewajc kolejnym spragnionym krasnoludom. - Raz, raz... Jaki to ma sens?
Obszed cay st. Chcia nala Eggerowi, ale tamten pomacha przeczco rk, Ruksand powszy - no tak, zupenie inna zawarto kielicha, nie ta berbelucha, jak on roznosi. Raz, raz, raz, moe jeszcze raz? Kto mi mwi, e s liczby wiksze nawet od pidziesit, przypomnia sobie. To straszna robota by takim uczonym. Nic dziwnego, e wszyscy mdrale s ysi i impotent...
- Pst!
Drgn i niemal wyla reszt wina na gow lecego na awie ziomka. Rozejrza si ostronie.
- A znacie to? - wrzasn kto od koca stou.
Hej, stodoa pena, krztaj si cho-opy.
Hej, ley w niej zboe, cae jego ko-opy.
Wymcili wszystko do gry z rkami
Hej, zgadnijcie dziewuchy - czym, jak nie cepami?!
Gony ryk uznania przetoczy si przez sal, korzystajc z zamieszania, Ruksand zbliy si do jedynego miejsca zza ktrego mogo dobiec psykanie i stan tyem.
- Czemu nie tacz?
- Bo liczyem do... do...
- Do licha, dawaj teraz, bo nas tu pokopie - wysycza niezrozumiale Waldar. - No, ju!
Ruksand zrobi krok, drugi.
Trudno, kady kiedy umrze, pomyla.
- Hej-ja! - rykn i wziwszy si pod boki, na skonnych do uginania i zaplatania nogach zacz stawia boczne kroki taca Ughie. - Hej-hej-hej! - wyrycza nieskomplikowan, a przez to sodk melodi. - I la-la-la!
Kilku najbliszych krasnoludw obejrzao si ze zdziwieniem, ale nagle siedzcy blisko Eggera poderwa si.
- Ughie! - rykn. - Tak! Tego te mury jeszcze nie znay! - Podskoczy do Ruksanda i chwyci go pod rami.
Chwil potem taczyo ich ju szeciu, a po zanim Ruksand zdy - nie wiadomo dlaczego i po co policzy: raz, raz, raz - poowa sali. Jeszcze po chwili, niezbyt chtnie - sam Egger. Nie wypadao odmwi - towarzysze niedoli, a teraz doli, zaprosili wodza w tany.
Spletli si w piercie, tupali i podpiewywali rytmicznie, tsknie i wesoo zarazem. Robili dwa kroki w jedn stron, jeden w drug, a mimo to stali w miejscu. To wanie bya najwiksza sztuk i zaleta Ughie - porusza si, a sta. Trwao to dusz chwil.
Potem drzwi za plecami Ruksanda otworzyy si, co mocno szarpno go do tyu, dosownie wyrwao z obj kompanw, do ktrych pod wpywem taca, zaczyna ju nabiera sympatii. Lec na plecach zobaczy, e Waldar wtyka w ap jednemu z krasnoludw obuskany z konopi koniec linki, podobny koniec wtyka Bokanova innemu - z drugiej strony powstaej po upadku Ruksanda wyrwy. I nagle zobaczy, e cay piercie krasnoludw i krasnoludek zaczyna podrygiwa i podskakiwa, ale zupenie nie w rytmie Ughie, tylko jako falujco, bezadnie, nieadnie. Odepchn si pitami od podogi i cofn pod cian
- Zuch! - Waldar szarpn go i postawi na nogach.
acuch buntownikw dygota i miota si, a z ust najbliej podrygujcych wyrywao si zgrzytanie zbw i trzaski tyche.
- Co wycie?..
- Nie bj nic! - umiechn si blady i spocony Waldar. - Tylko ich nie dotykaj!..
- A pewnie - ju lec!
Nagle jedna z uczestniczek wyskoczya w gr, rozrywajc ywy acuch. Natychmiast zacz si rwa w kadym moliwym miejscu - tylko e niektrzy walili si na plecy, inni na nosy, a jeszcze inni okrcali si spiralnie wok siebie i nie mogc wytrzyma pdu, osuwali mikko na podog. Chwil pniej na nogach trzymali si tylko Waldar, Bakonova i Ruksand. Reszta lega pokotem.
- Wielka to sia - wykrztusi poeta.
- Aha! - przyzna Waldar.
- Ale co to jest?
- Pandemolium - powiedzia Bokanova.
Waldar i Ruksand popatrzyli na niego.
- Co? - zapytali jednoczenie.
- Nic, wymyliem takie sowo, bo adne stare nie oddaje tego, co si tu dziao.
- Ale objanijcie mi! - zada Ruksand.
- Bdziemy ich wiza, to ci wszystko opowiemy - obieca Waldar. - Tylko powiedz mi, czy s tu jacy zrczni ciele?
- A co - klatki chcesz dla nich robi?
- Nie. - Waldar jedn rk podrapa si po karku, drug wskaza stoy i awy. - Bez urazy, Ruksandzie, ale twoi pobratymcy, eby nie wyglda jak... sam wiesz co, poobcinali nogi stow i aw. Teraz bd musieli te nogi poduy.
- A atwiej nog skrtowaci ni j potem wydugowa - owiadczy nagle poeta.
- Co?
- Nic! Tak sobie gadam...
Zakasali rkawy i zabrali si do przywracania historii na waciwe tory.
 
lipiec 199